wtorek, 26 kwietnia 2016

A podobno takie zdrowe...

Czołem Kochani!
Buraczki podobno są bardzo zdrowe. Do tej pory też tak myślałam, byłam wręcz o tym przekonana!
Niestety, wyszły mi bokiem i nie mogę na nie patrzeć - krótko mówiąc, cholery niestrawne jakieś były!
Ile ja się namęczyłam, żeby przygotować coś na kolejną edycję zabawy w Cykliczne Kolorki!
Pewnie, że nikt mnie nie zmuszał, nie przykładał lufy, ani nie gonił z kijem, ale to ja sama postawiłam sobie za punkt honoru nie odpuszczać CK za nic!
******
To jedziemy po kolei, czyli najpierw banerek:

 
Dobrze, że mi się przypomniało, że medaliony jakoś same się bronią, więc wyjęłam moje magiczne farby Pebeo ;-)
Zmalowałam w buraczkowym kolorze wisior i dorobiłam do niego naszyjnik.
Kolory wybitnie nie moje, ale może ktoś chętny znajdzie się na niego :-)


Zdjęcia z fleszem i bez i pod różnym kątem, żeby dobrze pokazać delikatny wzorek - przy jednolitym kolorze to nie jest łatwe.





******
A plany były takie, że zrobię sobie coś użytecznego w tym kolorze. Padło na łapkę do garnków.
Z kordonka zrobiłam prostokącik. Druga strona miała być różowa, z płótna/kanwy i z małym haftem. Znalazłam tylko kanwę w majtkowym kolorze, więc udałam się na dalsze poszukiwania. O, jest skrawek materiału, tylko projektant był szalony myśląc, że takie plamy są śliczne, bo dla mnie wyglądały jak najprawdziwsze... To przykleję na niego serwetkę i będzie zadanie również na wspólną naukę deku. Za trzecim podejściem uznałam, że jest równo. Całość była sztywna i nijaka. Zaczęłam robić drugi prostokącik z resztek muliny we wszystkim odcieniach różowego i bordo. Już wiedziałam, że zabraknie...
I dlatego powstał naszyjnik!

Moje buraczkowe niewypały, które czekają na wykończenie:


Ale jak pomyślę ile niby mam wszystkiego pod dostatkiem, że półki już puchną od moich zbiorów.... tylko dlaczego zawsze czegoś brakuje gdy zabieram się do roboty?!
Pomimo przygód, buraczki nadal lubię.
Kolor... przyznam szczerze, uważam za piękny. Choć niekoniecznie znajduje się w mojej szafie, to jednak bywa w niej gościem... z przypadku :-)
Już mnie ciekawość zżera co też wymyśli Danutka w maju. Pomidorowy? Cytrynowy? A może oberżynkę? Co by nie było - nie poddam się!
******
Dziękuję wszystkim za odwiedziny i za każdy pozostawiony komentarz.

piątek, 22 kwietnia 2016

W krainę Wikingów - wyprawa druga z Wikingiem w koralikach...

Czołem Kochani!
Witam serdecznie w moich skromnych progach nowe obserwatorki - rozgośćcie się i czujcie jak u siebie w domu :-).
Moje Drogie, jestem bardzo zaskoczona Waszym odzewem w temacie ostatniego posta - jak to możliwe, że większości podobają się zimowe klimaty gdy wiosna za oknem?!
Dla tych miłych komentarzy warto było się zmobilizować i posprzątać ;-)
******
Dzisiaj będzie powrót do Krainy Wikingów, czyli do techniki viking knit.

Zanim pokażę co zrobiłam, chciałam dodać parę uwag do moich poprzednich spostrzeżeń.
Piszę o tym, ponieważ ta technika nie jest (jeszcze) zbyt popularna i mimo czytelnych tutoriali nie wszystko może się wydawać oczywiste. Sama się złapałam na tym, że jak nie będę robić bieżących zapisków podczas pracy, to nie osiągnę zamierzonego celu ;-).
Mam nadzieję, że z czasem na blogu Ani i Huberta powstanie baza wiedzy i łatwo będzie znaleźć odpowiedź na wszelkie wątpliwości.
Kto nie jest zainteresowany moimi wywodami może przejść od razu do zdjęć :-)
  ******

Napisałam poprzednio, że drut drutowi nie równy i nie polecam kolorowych, bo może się zdzierać powłoka już przy wyplataniu.
Mimo to, ponownie spróbowałam użyć drutu miedzianego czerwonego, tym razem o grubości 0,3 mm i lepszej jakości.
Pomyślałam, że skoro drut jest tak cienki to użyję również cieńszej bazy, czyli 8 mm (klucz imbusowy).
Robiłam splotem pojedynczym. Plecionka wychodziła pięknie równo, a przeciąganie miękkiego drutu nie stanowiło żadnego problemu.
Gotowa plecionka była na tyle elastyczna, że śmiało można ją było naciągnąć również w palcach, ale oczywiście użyłam przeciągadła.
Plecionka wyglądała ślicznie, powłoka była w całości (bo tym razem to nie był chiński drut!). Jednak uznałam, że jest za miękka... mocniejsze dociśnięcie powodowałoby odkształcenie. Postanowiłam poeksperymentować dalej i ją spłaszczyłam. Najpierw delikatnie w palcach, a potem użyłam młoteczka jubilerskiego.
To jest dobry pomysł na przyszłość, ale... przy dołączaniu drutu trzeba pamiętać żeby jednak nie obcinać za bardzo łączenia, a przy spłaszczaniu młoteczkiem lekko naciągać.
Generalnie drucik 0,3 mm dobrze się sprawdzi przy splocie podwójnym i potrójnym.

Czy coś z tego będzie to się okaże, a na razie wygląda tak:

******
A teraz moja właściwa prezentacja ze szczegółami technicznymi.
Bransoletka wykonana jak poprzednio splotem podwójnym.
Drut 0,4 mm posrebrzany (jasny)
Baza  - Klucz imbusowy 10 mm
Długość plecionki przed przeciągnięciem ok. 9 cm,
po przeciągnięciu 17 cm.

Nieoczekiwanie, nawet dla samej siebie, wpadłam na pomysł, że tym razem ubiorę Wikinga w koraliki :-)

Zrobiłam tulejkę ściegiem peyote parzystym - koraliki Toho w rozmiarze 11/0 i przyszyłam tzw. czapeczki (nakładki) , które wyglądają jak kwiatuszki.
I powstał dość ciekawy przykład połączenia dwóch bardzo różnych technik.

Całość pięknie się błyszczy zarówno w słońcu jak i przy sztucznym świetle. 






I zdjęcie dwóch bransolet razem. Zauważcie, że jest różnica w kolorze.
Ta poprzednia bransoleta jest zrobiona z miedzianego drutu Beadsmith 0,5 mm w kolorze Brushed Silver.



******
Dla ciekawych jak się plecie druciki polecam zajrzeć TUTAJ i TUTAJ - tam dowiecie się wszystkiego o tej technice!

A peyote parzysty tylko tak strasznie brzmi, a jest równie prosty :-)

******
Kolejna wyprawa już niebawem - tym razem udam się w poszukiwaniu szlachetnego Wikinga ;-)
Serdecznie wszystkich pozdrawiam :-)

poniedziałek, 18 kwietnia 2016

Inspirujące sprzątanie

Czołem Kochani!

Przyznam szczerze, wcale nie zamierzałam robić kartek.
Tym bardziej, że tworzenie kartek świątecznych jakoś mnie nie przekonuje - dziwnie się czułam z motywami śniegu i jajek w kwietniu... 
Ale...
W sobotę zakasałam rękawy i postanowiłam zrobić porządek w moich zbiorach wszelkiego rodzaju przydasi. Żeby zrobić dla nich miejsce, najpierw poprzenosiłam książki, potem filmy DVD i płyty CD ;-). Moje regały są chyba z gumy...

I tak jakoś mój wzrok padł na przygotowane wcześniej dwa papiery z serwetek z motywem zimowym. Grzechem byłoby nie wykorzystać, skoro Ania w kwietniowym zadaniu jako jeden z punktów napisała ZIMA!

Zacznę od banerka:


Oto pierwsza karteczka delikatnie ozdobiona scrapkami, stempelkiem i posypana anielskim pyłem:


Druga równie oszczędna w dodatki:



Skoro były już dwie zimowe, to trzeba było pomyśleć o drugim i trzecim punkcie zabawy. Nie wszystkim leżały wytyczne, ale mnie akurat całkiem się spodobały, więc postanowiłam się zmobilizować.

Zatem powstała karteczka okolicznościowa. 

Zielony karton ozdobiłam przy użyciu szablonu farbą strukturalną częściowo w odcieniu żółci, a częściowo zieleni.  Kwiat zrobiłam z foamiranu, przykleiłam napis i element scrapkowy i gotowe!


A na koniec prezentacja kartki wielkanocnej.

Te malutkie białe kwiatki są również z foamiranu, wycięte przy pomocy dziurkacza, duży żółty kwiatek od Wiki. Trochę wiórków flower soft, obrazek 3D i białe kwiatki z papieru czerpanego.
 Stempelek znajdziecie tutaj.



 
To jeszcze kolażyk na koniec:


Nie wiem jak, ale się udało ;-)
A czy będzie ciąg dalszy kartkowania w zabawach to się okaże...

 
Dziękuję Kochani za wszystkie komentarze.
Serdecznie pozdrawiam!


czwartek, 14 kwietnia 2016

W krainę Wikingów - wyprawa pierwsza

Czołem Kochani!

Dziękuję za wszystkie komentarze pod ostatnim postem. Tak, to prawda, sukulenty są z foamiranu, nie są prawdziwymi roślinkami :-). Nie sądziłam, że piankowe kwiaty tak mnie wciągną, ale gdy widzi się na żywo efekt swojej pracy, to chce się więcej i więcej - człowiek zaczyna kombinować a jak zrobić inne kwiaty, jak je pomalować, a czego lepiej użyć... i to już nie jest tylko powielanie tego co się można nauczyć na warsztatach lecz kreatywne myślenie i tworzenie :-)

******
Wspomniałam, że siedzę również nad inną nową techniką. Tak, Aniu, jako jedyna wiedziałaś co to jest :-)

Jest bardzo prawdopodobne, że Mieszko I był Wikingiem. Idąc tym tropem stwierdzam, że w mojej krwi błąkała się jakaś kropla z zimnej północy i bardzo się ożywiła gdy zobaczyła Viking Knit :-)

Kto nie słyszał jeszcze, to zapraszam na stronę Ani i Huberta, którzy przygotowali fantastyczne tutoriale na temat tej techniki.
Przy pierwszym tutorialu, wyraziłam swą obawę, że nie wiem czy kiedykolwiek porwę się na tę technikę, następnego dnia już mnie swędziały paluchy, a w mojej głowie pojawiły się znane już głosy "spróbuj... spróbuj...". Ponieważ wolę chodzić jednak wyspana i ze spokojną głową, to spróbowałam...

******
Moje pierwsze rządki wyglądały jakoś krzywo, zrobiłam raptem kilka centymetrów i zdjęłam, by się upewnić czy wspomniana magia działa - czyli, że mam się nie przejmować nierównościami i po przeciągnięciu wszystko ładnie się wyrówna. I MAGIA ZADZIAŁAŁA!
Uspokojona zabrałam się za kolejną plecionkę (już wyglądała o niebo lepiej), a potem za kolejną. Tych dzisiaj nie pokażę, tylko dlatego że nie są wykończone.

Zaprezentuję prostą bransoletkę zrobioną podwójnym splotem z posrebrzanego drutu 0,5 mm, wykończoną ulubionymi nakładkami i zapięciem toggle.
Jestem bardzo zadowolona z tej pracy - robiło się szybko, przyjemnie, a w efekcie mam biżuterię w stylu jakim lubię.
I na pewno ciąg dalszy będzie!








A przy okazji poskładałam kolczyki - kaboszon to jadeit bordowy.



******
Moje spostrzeżenia po pierwszych próbach?
Na początek dobrze mieć dłuższy klucz imbusowy (ja mam ok. 13 cm) i o średnicy ok. 10 mm. Im większa wprawa tym mniejsze wymagania do "bazy" do wyplatania ;-)
Drut drutowi nierówny, i całe szczęście, że drucików u mnie pod dostatkiem. Nie polecam tych kolorowych, bo już podczas przeplatania widać jak się zdziera powłoka.  

Technika może się spodobać wszystkim, co lubią machać igłą - przeplatając drut czułam się jak przy ręcznym szyciu ;-)
Robi się szybko.
Przeciąganie przez otwory jest fascynujące - coś co jest takie sobie nagle staje się piękne :-)
Największym problemem może być brak przeciągadła, co skutecznie może zniechęcić by podjąć się jakiejkolwiek próby, ale jak się ma kogoś kto potrafi nam wywiercić otwory w jakiejś deseczce to niech wywierci :-)... oczywiście kupić też można...

Chyba mnie jeszcze czeka zgłębienie tajemnicy oksydowania...

******
Dziękuję za Waszą obecność i wszystkie komentarze, tak budujące i zachęcające do dalszej pracy.
Serdecznie pozdrawiam :-)


sobota, 9 kwietnia 2016

Sukulenty z foamiranu

Czołem Kochani!

Witam na pokładzie nowe obserwatorki - miło, że zechciałyście do mnie zajrzeć i pozostać.
Widzę, że posty foamiranowe wzbudzają ogromne zainteresowanie, co mnie bardzo cieszy, bo jak już wspomniałam bardzo polubiłam ten materiał.

Dzisiaj chcę Wam pokazać coś co wykombinowałam prawie sama. Prawie,bo zobaczyłam u Liny na FB kamienne róże i to od niej wiem jak zrobić, żeby liście były grube, a tym samym wyglądały naturalniej. Liście są sklejone, ot cała tajemnica :-). 

Przejrzałam w internecie jak wygląda eszeweria, zwana kamienną różą. Okazało się, że jest całe mnóstwo odmian, które różnią się i wybarwieniem i kształtem liści i wielkością...
Poczułam, że mogę je zrobić po swojemu :-).
Liście cięłam bez szablonu. Pomalowałam je pastelami suchymi przy użyciu chusteczki nawilżanej (nie rozcierałam, tylko dociskałam), a na końcu użyłam rozcieńczonej farby akrylowej, żeby zrobić coś w rodzaju plamek.

Doniczkę wypełniłam gąbką, taką jakiej używam do moich pudełeczek. Ponieważ z czasem ta kompozycja może wyglądać inaczej (w końcu ta była pierwszą próbą), to postanowiłam nie przytwierdzać roślinek na stałe, tylko dołożyłam im drucik florystyczny.
Gąbka wygląda jak najprawdziwsza ziemia,a na wierzch położyłam trochę keramzytu.

Pewnie można by co nieco poprawić, ale i tak mi się podoba. Potraktuję to również jako zestaw testowy. Podobno foamiran jest odporny na warunki atmosferyczne. Nie boi się deszczu, błota czy słońca. Ano zobaczymy. Przez kilka miesięcy będzie stał na balkonie, a że balkon mam bardzo słoneczny, to sama jestem bardzo ciekawa czy np. foamiran nie zblaknie, nie odkształci się... 

Sukulenty są z zimnego foamiranu, a trawiasta roślinka z ciepłego.
W poprzednim poście wyjaśniłam różnicę pomiędzy nimi.



******

Czas najwyższy pokazać moje roślinki. Jak zwykle u mnie, dużo zdjęć, bo nie mogłam się zdecydować :-)








Jeśli macie jakieś pytania, to nie krępujcie się, pytajcie.


******

Zupełnie niespodziewanie nawet dla mnie samej siedzę i działam w nowej technice... która ogromnie mi się podoba... 
Pewnie powiecie, że oszalałam, ale podobnie jak w przypadku techniki pergaminowej, to było silniejsze ode mnie. Nawiasem  mówiąc, w pergaminkach działam nadal, bo je bardzo polubiłam i mam zamiar jeszcze się mocno podszkolić.
Już niebawem opowiem Wam o tym moim nowym szaleństwie. 
Poznawanie kolejnych technik bardzo mi pomaga, cieszę się gdy mogę wykorzystać zdobytą wiedzę i połączyć kilka technik w jednej pracy.
Gdyby tak jeszcze nauczyć się tej nieszczęsnej papierowej wikliny... :-)


******
Znowu się rozpisałam... cóż, taka moja uroda ;-)

Pozdrawiam wszystkim ciepło i dużo słoneczka życzę.

środa, 6 kwietnia 2016

Tulipany z foamiranu

Czołem Kochani!

Trzymajcie się mocno, bo dzisiaj będzie bardzo treściwie :-)
Kubki w dłoń, zapas prowiantu i... miłej lektury życzę!

******

W ramach relaksu i odskoczni od wszystkiego poszłam ponownie na warsztaty z Liną Shvets. I wiecie, tak sobie pomyślałam, że dziewczyna wiele dobrego zrobiła by w Polsce rozpowszechnić foamiran. W sklepach internetowych można go już kupić bez problemu. Jak grzyby po deszczu powstają blogi, które są poświęcone tylko tej technice. Niektóre osoby już po jednych warsztatach uczą innych... Foamiran jest namiętnie wykorzystywany przez scraperki - dziewczyny robią prześliczne kwiatuszki do kartek. Ja również bardzo polubiłam ten materiał.

Ostatnio na rynku pojawił się tzw. zimny foamiran, a właśnie z takiego miałyśmy robić kolejne kwiaty. A czym się różni od tego, który był do tej pory? Ano sposobem obróbki.

Wyglądają właściwie tak samo. Zimny ma lepsze właściwości rozciągania.
Do zimnego foamiranu nie używamy żelazek czy nagrzewnicy do formowania (z pewnym wyjątkiem), tylko palców. Aby na płatkach i liściach widoczne były nerwy używamy wszelkiego rodzaju odcisków i moldów. Zimny foamiran może z czasem się wygładzać, odciski mogą przestać być widoczne. Ten na ciepło trzyma dobrze.

Pokażę Wam co jest w moich zasobach odciskowych

odciski z zimnej porcelany, silikonu i twardego tworzywa

tę bazę robiłam sama ze specjalnej mieszanki używając liścia poisencji, wystarczy teraz tylko odcisnąć kawał zimnej porcelany i będzie można odciskać dwustronnie


te są świetne, profesjonalne, z twardego  tworzywa, ceny 18-25 zł

Zimny foamiran barwimy najlepiej suchymi pastelami. Najpierw rozcieramy je na nawilżanej chusteczce, a potem dajemy upust wyobraźni :-). Oczywiście można też malować bezpośrednio na piance, ale ja wolę ten delikatniejszy efekt.
Brzegi płatków można podgrzać zapalniczką - staną się cieńsze. Uwaga, łatwo jest je podpalić, dlatego warto poćwiczyć sobie na innym kawałku, lub po prostu dorobić więcej płatków. Na warsztatach najwięcej śmiechu wywołały przypalone płatki - jakby je ślimaki nadgryzły :-)
Nie używamy świeczek, bo zostawiają czarne ślady, chyba że na takim efekcie nam zależy :-)


******
Testowałam również nowy klej. Sekundowy, bardzo łatwo skleić sobie paluchy. Następnego dnia jeszcze zdrapywałam go ze skóry. Jedyna zaleta, że jest niewidoczny i mocno trzyma. Poza tym ma trochę drażniący zapach i nie wybacza pomyłek ;-). Gdyby ktoś szukał, tak wygląda:



Dotychczas do sklejania wszystkich elementów używałam kleju na gorąco, tutaj stosowałam oba.
Przy okazji muszę się pochwalić, że nabyłam świetny zestaw Dremela - cena była okazyjna i wreszcie mam idealny pistolet do kleju. Nie cieknie, jest precyzyjny, ergonomiczny, ma możliwość ustawienia dwóch temperatur i ma długi kabel. Same zalety. W zestawie było narzędzie grawerskie, ale o tym innym razem.
Ten pistolet (model 930) polecam z czystym sumieniem.



******
Pokażę kilka fotek z domowej produkcji na dowód, że kwiaty nie są prawdziwe :-)

wycięte płatki i liście przed obróbką:

widoczny odcisk:
 
a tu już pomalowane płatki:


******
Na warsztatach w ciągu trzech godzin zrobiłyśmy po trzy tulipany. Wydawało mi się, że pójdzie szybciej i łatwiej...

Co jest z czego:
Słupek z zimnej porcelany osadzony na drucie wyrobowym owiniętym zimnym foamiranem, potraktowanym żelazkiem żeby się lekko stopił i wygładził (wspomniany wyjątek).
W domu użyłam już taśmy florystycznej, słupki zrobiłam sama bo zimną porcelankę też potrafię zrobić :-)
Pręciki z foamiranu na ciepło. W domu robiłam z zimnego i uważam, że sprawdził się lepiej.
Płatki z zimnego foamiranu, barwione suchymi pastelami.
Liście z foamiranu ciepłego, barwione pastelami olejnymi.

Oto wszystkie moje kwiaty. Jak widać w domu nie próżnowałam, bo mam już taki bukiet:









Tulipanki bardzo mi się podobają, choć z foamiranowych kwiatów chyba róże najbardziej mnie zauroczyły. 

A co Wy myślicie o takich kwiatach?
Do niedawna uznawałam tylko żywe roślinki, w wazonie lub skrzynkach balkonowych. Teraz polubiłam również sztuczne, bo mnie zwyczajnie cieszą, że potrafię je zrobić :-). Najbardziej lubię etap barwienia.


Dla przypomnienia zobaczcie moje tulipany z krepiny:




******

Kto dotrwał do końca, może pytać o co chce ;-)


Dziękuję za wszystkie komentarze jakie pozostawiacie. Mimo pewnych problemów sprzętowych staram się również być u Was, choć często z opóźnieniem...
Życzę dużo słoneczka i pięknych wiosennych dni :-)
Pozdrawiam ciepło.

Zobacz także

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...